Twoja moc może zmienić wszystko. Wydarzenie, które na zawsze zmieniło moje życie.


Czy zastanawiasz się skąd niektóre osoby mają ochotę, siłę, ambicję, żeby wprowadzać zmiany w swoje życie?

Jak to jest, że niektórzy pomyślą i działają, ale jest też taka grupa osób, które dużo mówią i mało robią (albo czasami podejmują próby i coś po prostu im nie wychodzi?).


Wyobraź sobie taką sytuację, że chcesz zmienić pracę. Wiesz o tym od dłuższego czasu, chodzi to za tobą, albo masz to z tyłu głowy. Widzisz jak twoje znajome awansują, robią karierę albo otwierają swoje firmy. A ty marzysz o zmianie, ale zupełnie nie wiesz, jak zabrać się za ten temat. Może trochę cię to stresuje albo bagatelizujesz tą potrzebę?


Dlaczego tak się od siebie różnimy? Czy niektórzy po prostu sprzyja szczęście a ciebie ciągle prześladuje pech? Może jednak to coś innego? Coś, co możesz wypracować własnymi siłami, żeby wziąć swoje życie w swoje ręce?

Opowiem ci trochę o sobie. Moje życie przez naprawdę wiele lat było bardzo fajne. Rzeczy albo działy się same, albo rodzice pomagali im się dziać. Gdy była taka potrzeba zawsze ktoś mnie krył. To się nazywało dzieciństwo i choć trwało u mnie może trochę dłużej niż normalnie, to jednak przyszedł czas, że się skończyło. Zaczęła się całkowita niezależność. Finansowa, decyzyjna, emocjonalna- po prostu od tego momentu wszystko zależało ode mnie. Bardzo dobrze pamiętam ten czas i wcale dobrze go nie wspominam. Zupełnie nie mogłam pojąć, jak to jest, że rzeczy się nie dzieją, mimo, że bardzo chcę, żeby się działy. Począwszy od studiów- marzyłam o medycynie i zawsze chciałam być lekarzem. Jednak, mówiąc szczerze, nie zrobiłam absolutnie nic, żeby stać się lekarzem (ani nawet żeby zdać egzamin na studia medyczne!). Miałam pretensje do całego świata, że wszystko jest przeciwko mnie i że nic nie mogę osiągnąć. Takich sytuacji w moim życiu było później bardzo wiele. Bardzo czegoś chciałam, ale zupełnie nie potrafiłam wziąć za to odpowiedzialności.


Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy przyszedł taki moment, że musiałam wziąć sprawy w swoje ręce, ponieważ nie miałam pieniędzy i nie miałam co jeść. Byłam kilka tysięcy kilometrów od domu. Pewnie miałam jeszcze coś, co sprawiło, że nie chwyciłam ze telefon i nie błagałam taty o przelew- duże Ego (z tego teraz bardzo się cieszę, bo mi to pomaga!). Byłam wtedy w Nowym Jorku. To był 2008 rok, lipiec. Początek wielkiego kryzysu gospodarczego, którego nie musisz pamiętać, jeśli nie dotknął cię osobiście. Mnie dotknął i to bardzo. Wtedy szukałam pracy jako kelnerka w Nowym Jorku. Sama sytuacja nie była dla mnie szczególnie stresująca, bo rok wcześniej też tam byłam. Fajnie się bawiłam, zarabiałam pieniądze i szybko je wydawałam. Ale tamten rok był zupełnie inny. W powietrzu wisiało coś, co sprawiało, że ludzie siedzieli w domach, nie chcieli chodzić do restauracji i bardzo oszczędzali pieniądze (wiem, że to nie do pomyślenia w Nowym Jorku ale tak właśnie było). Ta sytuacja wpływała na wszystkich. Oczywiście też na restauratorów, którzy nie chcieli zatrudniać nowych osób. Kelnerzy z kolei nie chcieli szukać innej pracy, bo bali się, że zostaną na lodzie. W tej sytuacji znalezienie pracy graniczyło z cudem. I tak parę tygodni byłam w stanie to wytrzymać, aż okazało się, że mam w portfelu 10 dolarów, nie opłacone mieszkanie, a pracy brak. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zbliżają się prawdziwe kłopoty. Takie, których jeszcze nie miałam w swoim życiu. W dodatku czułam się odpowiedzialna za mojego chłopaka i jego młodszego brata. Oni też nie mieli pracy, a ja zarządzałam całą kasą (sic! Niewielką!).


To był jedyny moment w moim życiu, kiedy poczułam, że mogłabym coś ukraść. Myślałam, żeby ukraść jedzenie, bo byliśmy naprawdę głodni. 10 dolarów to kwota, która starczyła mi na 10 bananów (zostały jakieś grosze, które później wydałam w punkcie xero). W domu mieliśmy resztki jedzenia i trochę suchego prowiantu.


Sytuacja wyglądała naprawdę nieciekawie. Teraz sama nie wiem, czy byłam bardziej głodna, czy bardziej zestresowana. Miałam takie wrażenie, że nie mogę czekać ani chwili dłużej i muszę od razu zacząć działać.


Okazało się, że tak duży stres bardzo dobrze wpłynął na moją kreatywność i wcale się nie zablokowałam. Usiadłam na schodach kamienicy, w której mieszkaliśmy na East Village na Manhattanie, z laptopem na kolanach i zaczęłam tworzyć własny biznes. W parę godzin powstał pomysł a nawet wizytówki (na cienkim papierze imię, nazwisko i numer telefonu z informacją, że robię masaże terapeutyczne w domu u klientów). Nawet teraz pamiętam, jak wycinałam te kartki i jak włożyłam je do kieszeni mojego fartucha do masażu. Pamiętam, że byłam cała spocona i zestresowana. Z tymi kartkami, w niebieskim fartuchu poszłam pod stację metra Astor Place.